Jak poprawnie przeprowadzić dokocenie, czyli wprowadzanie drugiego (bądź kolejnego) kota do naszego domu.
Koty są absolutnie fascynującymi zwierzętami. Bardzo szybko podbijają serca swoich opiekunów, nawet tych którzy określają się jako zagorzali „psiarze” o kotach mający mniemanie dość niskie. Sama zaliczałam się do tej grupy przed wieloma laty:) Prawda jest jednak taka, że przy bliższym poznaniu okazje się, że kotu wcale nie jest obojętna obecność człowieka, że przywiązuje się do swojego opiekuna, że tęskni za nim, że człowiek jest dla niego ważny i to bynajmniej nie jedynie w kontekście codziennego napełniania misek. Nie jest to psia „stała gotowość”, ale nie mniej ważna wyciszona radość i wyraźne pragnienie przebywania w obecności ukochanego człowieka, gotowość do rezygnacji z drzemki w ulubionym fotelu tylko dlatego, że opiekun poszedł do kuchni i trzeba za nim podążyć, radosne powitania w drzwiach, układanie się do snu na poduszce obok naszej głowy. To wszystko sprawia, że jeden kot bardzo szybko przestaje nam wystarczać. Wydaje nam się, że skoro nasz kot dużo czasu przesypia, to na pewno mu się nudzi i potrzebuje towarzystwa. Opiekun często dochodzi do tego wniosku widząc jak intensywnie kot ciągle doprasza się zabawy i uwagi. Decyzja o drugim, a potem trzecim i kolejnym kocie wydaje się prosta i logiczna. Prawda jest natomiast taka, że kot fizjologicznie przeznacza większość doby na sen i najczęściej jest to ten czas, kiedy jesteśmy w pracy. Jest to sytuacja całkowicie prawidłowa, ponieważ zgodnie z etogramem kot powinien przeznaczyć na sen ok 16 godzin na dobę, z wiekiem ten czas się zwiększa. Gdy więc wracamy z pracy, kot jest wypoczęty i włącza się do naszego życia, dopraszając się naszego towarzystwa dla nas samych, a nie z powodu tego, że nie ma w naszym domu drugiego kota. Pojawienie się drugiego kota nie zastępuje relacji z człowiekiem; z cała pewnością sprawi natomiast, że naszej uwagi i zaangażowania będą potrzebowały już dwa koty:)
Zanim pomyślicie Państwo o kolejnym kocie, proszę zapoznać się z tym artykułem do końca, wyważyć wszystkie za i przeciw i podjąć naprawdę mądrą decyzję, nie pod wpływem chwili i zobaczonego właśnie słodkiego kociaczka. Nie mam na celu zniechęcenia nikogo do dokocenia jako takiego (sama mam 10 kotów i wiem, że można pogodzić więcej niż jednego w swoim domu), chcę tylko, żeby dobrze ocenić swoje szanse na udane wprowadzenie kolejnego kota i zrobić wszystko, żeby ułatwić kotom wspólne życie.
Koty, w przeciwieństwie do psów, nie są zwierzętami stadnymi, nie są zwierzętami społecznymi. Są zwierzętami terytorialnymi, co znaczy że każdy „nowy” w naszym domu będzie dla nich początkowo jedynie intruzem. Instynkt terytorialny ma różną siłę u różnych kotów, dla jednych przestrzeń prywatna musi być duża i nie są w stanie zaakceptować na niej nikogo innego, dla innych ogranicza się do poduszki na oknie bądź naszych kolan. W zależności od siły tego instynktu nasz kot łatwiej bądź trudniej pogodzi się z „tym drugim”, ale nie zmieni to warunku podstawowego – kot jest zwierzęciem terytorialnym i poza nielicznymi gatunkami, jak lew, nie żyje w zorganizowanych społecznościach. Przybycie kolejnego kota ZAWSZE wywraca świat naszego kota do góry nogami.Co decyduje o tym, czy koty się zaakceptują? Nie ma, niestety, absolutnie jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Koty są niewolnikami zapachów, często nie są w stanie zaakceptować jakiegoś kota bo wydziela na przykład za mało „przyjaznych” feromonów, generalnie nie pachnie drugiemu kotu pokojowo. Oczywiście nie mamy na te sprawy żadnego wpływu. Wiele z kotów, które nie były w stanie zaakceptować obecności innych kotów i uchodziły za agresorów miały w rzeczywistości poważnie uszkodzony bądź niedorozwinięty narząd Jakobsona, w którym normalnie znajdują się receptory kocich feromonów. Brak prawidłowego „odkodowania” zapachu drugiego kota budzi lęk, a za lękiem zawsze podążają zachowania agresywne. Na pewno źle rokują koty, które uciekają i chowają się pod kanapami gdy przychodzą do nas goście. Kot nie ma obowiązku łasić się do każdego obcego, ale jako zwierz z natury ciekawski na ogół przychodzi przynajmniej sprawdzić kto przyszedł i co przyniósł. Jeśli nasi goście o istnieniu kota wiedzą tylko z naszych zapewnień, jest to złe rokowanie co do dokocenia. Chyba, że nasze mieszkanie jest po prostu zbyt ubogie nawet dla tego jednego kota – może się okazać, że dorobienie przestrzeni nad podłogą sprawi że kot nabierze pewności siebie i zaakceptowanie „tego drugiego” stanie się jak najbardziej realne. Więcej o organizacji przestrzeni, niezbędnej nawet przy jednym kocie, piszę w zakładce "Dom przyjazny dla kota".
Jak się przygotować do dokocenia? Z czym wiąże się decyzja o kolejnym kocie?
Przede wszystkim, przed powiększeniem naszej kociej rodziny zastanówmy się czy podołamy finansowo. Odsyłam do zakładki „Koszty utrzymania kota”, chociaż przy założeniu że obecną zakładkę czytają osoby które już kota mają, teoretycznie nie powinno być to potrzebne. Oczywiście najczęściej nie jest tak, że przy drugim kocie koszty utrzymania podwajają się matematycznie, nie jest to wzrost o 100%, ale o jakieś 70-80% na pewno. Koszty zużycia żwirku, szczepienia czy badania okresowe to wydatki „sztywne” i one się zwyczajnie podwajają, tutaj żadna oszczędność nam się nie przytrafi. Z jedzeniem już tak na ogół nie jest, drugi kot niejednokrotnie zmniejsza nasze straty bo dojada to, czego nie chciał zjeść ten pierwszy. Trzeba jednak liczyć się z tym, że niekiedy koszt ten się podwoi, albo okaże się, że nasz nowy kot będzie w utrzymaniu droższy od tego pierwszego (inna karma, inny sposób żywienia, jakaś szczególna dieta). Nad tym jednak nie będę się rozwodzić, zainteresowanych odsyłam do „Kosztów utrzymania kota”.
Najważniejsze jest zapanowanie nad poprawnymi relacjami pomiędzy kotami. Żeby zapewnić więcej niż jednemu kotu dobre samopoczucie musimy z każdym kolejnym kotem dostawić kolejną kuwetę, a tak naprawdę może być konieczność dostawienia większej ich liczby. Jeśli dom lub mieszkanie są duże, kuwet powinno być więcej niż ten matematyczny przelicznik (dotyczy to również sytuacji, gdy mamy tylko jednego kota). Jeśli dom lub mieszkanie są wielopoziomowe, każdy z poziomów traktujemy jak osobne mieszkanie, czyli znów liczba kuwet powinna się zwiększyć. Jeśli chodzi o miejscówki, to ilość atrakcyjnych z punktu widzenia kota legowisk to według mnie liczba kotów x 3, znów oczywiście w pewnym uproszczeniu, ale na pewno musi ich być znacznie więcej niż kotów. To nie znaczy że mamy dokupić kilka drapaków, chodzi o udostępnienie bądź dostosowanie dodatkowych legowisk, półeczek, lub już istniejących miejsc w obrębie naszych mebli (góra szafy, czy kredensu), najlepiej wkomponować wszystko w jakieś logiczne ciągi, po których kot mógłby się przemieszczać bez dotykania podłogi. Są to absolutnie podstawowe sprawy, koty muszą mieć możliwość psychicznego oddzielenia się od siebie i bezkolizyjnego mijania się w naszym domu. Bez tego nie mamy w zasadzie szans na pokojowe współżycie dwóch kotów, a o większej ilości lepiej od razu zapomnieć. Nie przypadkiem używam słowa "pokojowego"; ciągle jeszcze dla wielu opiekunów fakt, że ich koty rywalizują o miejsca, przeganiają się i biją, nie stanowi problemu dopóki "nie leje się krew". Zapewniam, że dla kotów przepychanki i ciągła rywalizacja już problem stanowi, i jest to problem bardzo poważny, kończący się niejednokrotnie chorobami bądź depresją. Oczywiście najbardziej cieszy widok, gdy leżą blisko siebie, ale to raczej wyjątek niż norma, a często tak naprawdę nie świadczy wcale o wzajemnej miłości kotów, a o upodobaniu tego samego miejsca i braku drugiego, równie atrakcyjnego. Poznamy to po tym że dość szybko jeden z kotów opuszcza wspólne legowisko. O tym jak rozplanować przestrzeń dowiecie się Państwo ze wspomnianej już wyżej zakładki „Dom przyjazny dla kota”
Innym elementem wspólnego życia kotów jest karmienie. Idealnie jest, jeśli koty dostają jedzenie na osobnych talerzach/miskach w dość sporej od siebie odległości. Jednym z najpoważniejszych błędów przy dokoceniu, a potem generalnie w organizacji codziennego życia wielu kotów w naszym domu jest uparte dążenie do tego, żeby koty jadły jak najbliżej siebie, uważane jest to za dowód tego, że się "lubią". Nic bardziej mylnego, jedzenie jest niezbędne do życia i nawet koty w bardzo złych relacjach będą ogłaszały "zawieszenie broni" na czas zjedzenia jakiejś ulubionej przekąski. Nie zmieni to faktu, że jedzenie w bliskiej odległości będzie dla nich ogromnym stresem, samo jedzenie będzie odbywało się w napięciu, albo łapczywe, albo za krótkie. Miski z jedzeniem powinny być rozproszone w różnych pomieszczeniach, to zresztą powinno mieć miejsce i przy jednym tylko kocie. Ta sama zasada dotyczy też naczyń z wodą, jak najwięcej, różnych kształtów i wysokości, w różnych miejscach w całym domu/mieszkaniu. Największym komfortem dla kota jest posiadania własnej, odrębnej przestrzeni, dotyczy to zarówno odpoczynku, jak i jedzenia. Nie walczymy więc absolutnie o karmienie w jak najmniejszej odległości, to w żadnym wypadku nie jest wyznacznik dobrych bądź złych relacji pomiędzy kotami, za to może być źródłem stresu i frustracji przy jedzeniu. Wiele kotów, które opiekunowie uważają za "wybredne", tak naprawdę odchodzi za szybko od miski bo irytuje je "oddech na plecach" ciamkającego tuż obok towarzysza. Są więc podwójnie sfrustrowane, bo nie dość, że zdenerwowane warunkami panującymi w jadłodajni, to jeszcze w dodatku niezupełnie najedzone. Inne zaczynają z powodu tej samej irytacji jeść za szybko, żeby jak najszybciej ta niemiła sytuacja się skończyła. Koty potrzebują własnych przestrzeni nie tylko w odniesieniu do spania czy wydalania, ale również do jedzenia, pamiętajmy o tym! Rozproszenie stref z jedzeniem bardzo pomaga w procesie dokocenia.
Najważniejszą jednak kwestią dla powodzenia w dokoceniu jest organizacja przestrzeni, nie ma przed tym ucieczki, nie zastąpią jej żadne feromony, cudowne obróżki, a już na pewno nie tak znienawidzona przeze mnie i nigdy nie polecana sztywna izolacja polegająca na zamykaniu kotów w osobnych pomieszczeniach, z rozpisanym grafikiem uchylania drzwi bądź noszenia w transporterach. Rozbudowa przestrzeni jest absolutnie niezbędna, żeby dać dokoceniu szanse na powodzenie. Koty muszą mieć możliwość przyglądania się sobie z bezpiecznych miejsc, bez narażania się na spotkania jedynie na podłodze, gdzie trzeba się niebezpiecznie blisko minąć, żeby na przykład dostać się do jedzenia bądź do kuwety. Bez zapewnienia poczucia bezpieczeństwa rezydenta bądź rezydentów nie mamy wielkich szans na udane wprowadzenie kolejnego kota, nie pomoże nam zamykanie kotów osobno, izolowanie, zamykanie i otwieranie drzwi czy wspomniane już noszenie w transporterach. Choćby było nie wiem jak długie, koty będą reagować na siebie źle, bo stale będą w stresie, że utracą swoje "dobra". Oczywiście wydzielamy kotom na początku osobne przestrzenie w domu, ale oddzielamy je siatką i organizujemy je tak, żeby koty mogły zgodnie ze swoim własnym zegarem obserwować się i regulować odległości wobec siebie. Jak to zorganizować i dlaczego tak ważne jest przeprowadzenie podziału właśnie w taki sposób, opisuję kilka akapitów niżej.
Zaakceptowanie natury kota takiej, jaką jest, jest bardzo ważne dla ich dobrostanu i dobrego samopoczucia. Wiem że koty są cudowne, że na jednym na ogół się nie kończy, wiem że nasze serca są niezwykle pojemne. Kocie serca tak pojemne nie są i trzeba im bardzo pomóc pogodzić się z innymi kotami w naszym domu. Posiadanie większej liczbie kotów to więcej obowiązków dla nas, obowiązków bardzo miłych, ale trzeba pamiętać że drugi kot nie jest żadnym panaceum na nudę pierwszego kota. Jeśli jesteście Państwo gotowi na takie wyzwania, na to że teraz więcej kotów będzie Was budzić nad ranem, że być może tupot ganiających się łapek będzie głośniejszy niż można było sobie wyobrazić, to jesteście zapewne gotowi na powiększenie rodziny o kolejnego kota.Teraz najważniejsza sprawa, czyli zabawa kotów.
To, że nasz kot się nudzi, może oczywiście być prawdą. Podkreślam jednak że to my jesteśmy odpowiedzialni za zagospodarowanie czasu naszych kotów, nieważne, jednego, dwóch, czy trzech. Znudzony kot oczywiście zacznie się bawić kosztem tego drugiego jeśli będzie od niego silniejszy. Piszę celowo „kosztem”, ponieważ dorosłe koty zasadniczo nie bawią się razem, nie potrafią „udawać”, w przypadku kontaktu fizycznego zawsze pojawia się pokusa „zapolowania”, co jest ogromną przyjemnością dla „polującego” i źródłem równie ogromnego stresu dla „upolowanego”. Starsze kocięta też tego nie potrafią, ich zabawa potrafi być brutalna i ja osobiście nawet maluchom na takie zapędy nie pozwalam. Większość ludzi uważa, że koty bawią się podobnie jak psy, w zapasy, przewracając się i turlając. Nie jest to jednak prawdą, psy wiedzą że to „udawanie”, nawet nie zaciskają szczęk na sobie, po prostu jako zwierzęta społeczne znają „zasady gry”. Koty to koszmarnie poważne stworzenia..
Dorosłe koty się ze sobą nie bawią, nie w takim znaczeniu o jakim myślimy, tzw. „zapasy” z wyraźnymi elementami sekwencji łowieckiej, przygniataniem i osaczaniem drugiego kota nie spełniają już kryteriów zabawy. Wiem, że ze swoimi poradami w tym względzie jestem w mniejszości, wiem, że pokutuje mit o docieraniu się kotów i "ustalaniu hierarchii i dostępu do zasobów", ale jak sama nazwa mówi, jest to tylko mit, dla wielu naszych kotów źródło krzywdy i tolerowania cierpienia. O zabawie dorosłych kotów możemy mówić tak długo, dopóki nie dochodzi między nimi do kontaktu fizycznego. To znaczy jeden goni, goniony, gdy już się przestraszy, że może to jednak nie na niby, zatrzymuje się i odwraca - jeśli goniący również się zatrzyma, jest dobrze, niekiedy koty zamienią się rolami, pogonią w drugą stronę i znów na taki sam znak zatrzymają - to jest w porządku. Jeśli wszystko skończy się na takich dwóch, trzech rundach, na otwartej przestrzeni, po czym koty się rozejdą, jest doskonale. Gdy jednak goniący się nie zatrzyma, skoczy na gonionego, przygniecie go do ziemi, wówczas kończy się obszar zabawy, a zaczyna prawdziwa próba sił. Gryzienie, szczególnie po łapach, nie jest już, niestety, żadną zabawą, i nie ma tu znaczenia, że "krew się nie leje". To już JEST agresja. Na gryzienie nie wolno pozwalać, gryzienie jest zabawne jedynie dla gryzącego, a ponieważ wie, że porusza się po bardzo cienkiej granicy, jest i dla niego źródłem ogromnego stresu.
Kot uwielbia bawić się w polowanie, co znaczy że zabawa jest przednia dopóki któryś z nich zgadza się być "ofiarą". To stan na mgnienie oka, bo jak powiedziałam, koty to koszmarnie poważne stworzenia i odgłos biegnącego za plecami towarzysza bardzo szybko wywołuje w uciekającym atak paniki, że może to wszystko jest jednak na poważnie W pewnym momencie kot będący celem pogoni mówi: "Stop"; jeśli "napastnik" tego nie słucha, mamy bójkę. Zazwyczaj niestety nie słucha, tak jest nakręcony świetną, jak dla niego, zabawą.
Każda "ganianka" to potencjalna bójka, o ile jej nie kontrolujemy. Chyba że mamy szczęście i oba koty po dwóch, trzech zamianach rozchodzą się do swoich spraw. Niestety, to rzadkość, instynkt polowania jest u kota tak silny, że najczęściej nie jest on w stanie przerwać tego, co my, behawioryści nazywamy „sekwencją łowiecką” (zaczajenie się ==>> wypatrzenie ofiary ==>> skok i pogoń ==>> schwytanie ==>> „zabicie”, czyli zaciśnięcie szczęk na ofierze) i nie jest to nic złego, to po prostu kocia natura. Są koty uważne, które szanują swoje granice i potrafią przerwać pogoń, gdy kot będący celem „pogoni" się zatrzyma, ale powtarzam, to bardzo rzadkie przypadki. Naszym kotom możemy pomóc organizując odpowiednio otoczenie, udostępniając góry mebli, półki, zawieszone budki które podziałają jak "skrzyżowania". Jeśli goniony może gdzieś wskoczyć, zmienić kierunek, itp., to często naturalnie "wygasza" pościg i zabawa kończy się bez przejścia w etap fizycznych przepychanek. Lepsze są półeczki od budek, bo po wskoczeniu przez gonionego do takiej zamkniętej kryjówki może się okazać, że polujący uzna to za świetny obrót zabawy, można teraz zapolować "przez dziurę", co dla zablokowanego kota jest ogromnym stresem.
Przyrównując to do naszego, ludzkiego świata, to jak zabawa w berka, jeśli dobiegniemy do czegoś tam i krzyczymy "Zamawiam!", goniący ma się zatrzymać, nie wolno mu już nas złapać. Wyobraźcie sobie, że tego nie robi, łapie Was, odciąga od Waszego "bezpiecznego miejsca", krzyczy że jesteście złapani, jeszcze triumfalnie na Was siada. Co Państwo czujecie i jak się zachowujecie? Dla większości kotów polowanie jest tak fajne że nie słyszą tego "Zamawiam". Jeśli opiekun dobrze zorganizuje zabawę kotów (zabawa to niekoniecznie bieganie, to jest atrakcyjne samo w sobie jedynie dla kociąt), instynkt "mordowania" jest zaspokojony i.. mamy szansę nawet na chwilę czułości w postaci wzajemnego wylizywania się, po której koty rozchodzą się do swoich "stref". To są te chwile bliskości na które koty sobie pozwalają, jak przyjście do nas na mizianki, jedne na więcej, inne na mniej.
W przypadku większej liczby kotów powinniśmy mieć zawsze pod ręką wędkę, piórka, coś co w przypadku utraty kontroli nad zabawą przez same koty pozwoli nam przekierować uwagę kota o wysokim pobudzeniu łowieckim i dokończenie „polowania” właśnie na zabawce. Trzeba tylko pamiętać żeby kot miał możliwość schwytania i „zabicia” swojej ofiary, do zabawy nie nadaje się więc laserek. Gdy bawimy się z kotem, podsuwamy mu zabawkę "fizyczną", realną, coś materialnego, coś co kot może złapać zębami i "zabić". Poradniki mówią, że po takiej porcji aktywności obowiązkowo karmienie, ale nie jest to prawda. Kot sam zdecyduje, czy jego potrzeba łowiecka już w pełni zaspokojona. Inaczej my nakarmimy, a kot będzie się bawił i polował dalej – instynkt łowiecki jest niezależny od głodu!
Bawienie się z więcej niż jednym kotem jest już sztuką. Koty zazwyczaj stosują się do zasady "kto przy piłce, ten ma fory". Przy normalnych układach wymieniają się zabawką, najpierw jeden kot bawi się piórkami, drugi - trzeci patrzą, trzeba zabawką "odjechać" od pierwszego, podsunąć drugiemu, jeśli podejmie zabawę, wtedy na chwilę "wyłącza się" ten pierwszy. I tak na przemian.
Tolerowanie nieprawidłowych zachowań sprawia, że zostają one utrwalone, więc po pewnym czasie opiekun zwraca się do behawiorysty z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemu nagłej i niespodziewanej zmiany stosunków pomiędzy kotami. W przypadku ogromnej większości tych sytuacji okazuje się, że zmiana nie była ani nagła, ani niespodziewana, była jedynie eskalacją tego co opiekunowie oglądali na co dzień, a co lekceważyli, bo przecież "krew się nie lała". Prawda jest taka że jak już się leje, to jest dramatycznie. Szansę na zmianę mamy dopóki do tego nie dopuścimy. Bardzo trudno jest nam potem dostrzec związek pomiędzy kotem żyjącym w stałym napięciu, czy ten drugi mnie zaraz zaczepi, czy dziś da mi spokój, a jego różnymi, nawracającymi, trudnymi do wytłumaczenia problemami zdrowotnymi. Życie w stałym napięciu jest źródłem wielu schorzeń i problemów, o czym dokładniej piszę w zakładce o stresie i jego skutkach.
Jak wprowadzać kolejnego kota?
Na pewno wiele osób mogłoby przedstawić wiele scenariuszy wprowadzania nowego kota, od banalnych, typu "wypuściłam i było dobrze", po kilkutygodniowe, żmudne przyzwyczajanie kotów do siebie. Ja uważam, że trzeba być przygotowanym na te najtrudniejsze scenariusze, jeśli poszczęści nam się i znajdziemy się w grupie tych, którzy wprowadzenie kolejnego kota przeszli w sposób niezauważalny, po prostu będziemy się cieszyć.
1. Na wprowadzenie kolejnego kota trzeba wybrać okres, kiedy nasz kot rezydent jest w doskonałym zdrowiu i kondycji psychicznej. Nie powinno się wprowadzać nowego kota krótko po przeprowadzce, jakichś gwałtownych zmianach w naszym domu, krótko po urodzeniu dziecka, po kastracji rezydenta, po powrocie z wakacji, na których byliśmy z naszym rezydentem, itp. Spotkanie z drugim kotem to zawsze spotkanie z inną florą bakteryjną, innymi szczepami wirusów, które każdy z kotów nosi na sobie już "oswojone". Dla drugiego kota ten zestaw jest zupełnie obcy, zarówno ten należący do rezydenta, jak i ten wnoszony przez "nowego". W sytuacji, kiedy spotkanie z "tym drugim" jest zawsze źródłem stresu, za czym błyskawicznie idzie spadek odporności, nietrudno o infekcje i wcale nie znaczy to, że któryś z kotów jest chory; najczęściej oczywiście takie oskarżenie pada pod adresem "nowego", bo przecież do jego przyjazdu wszystko było dobrze. Przyrównałabym to do naszego wyjazdu na przykład do Egiptu, w którym po wypiciu nieprzegotowanej wody jesteśmy chorzy, niejednokrotnie naprawdę ciężko, a przecież mieszkańcy korzystają z niej na co dzień i są jak najbardziej zdrowi. Nasze koty też muszą przywyknąć do swoich zestawów drobnoustrojów, dlatego tak ważne jest, żeby były w jak najlepszej kondycji. Oczywiście to samo dotyczy nowego kota, bo i on zderzy się z nieznanym sobie światem drobnoustrojów. Stres związany ze zmianą domu, nowym kotem, poczuciem zagrożenia u rezydenta, to czynniki niezwykle sprzyjające zachorowaniu.
Nie polegamy na "obejrzeniu" rezydenta przez lekarza weterynarii!!! Robimy komplet badań krwi, dokładną morfologię i biochemię wraz z badaniem poziomu hormonów tarczycy - jej nadczynność potrafi zniweczyć nasze dokoceniowe plany. Badanie moczu, USG jamy brzusznej, dokładne obejrzenie jamy ustnej i przeprowadzenie sanacji, jeśli lekarz znajdzie do niej wskazania, to absolutna konieczność przed zaplanowanym wprowadzenie kolejnego kota. Każda niewykryta przypadłość, ból związany ze stanami zapalnymi, będą wywoływały w rezydencie dodatkową niechęć do jakichkolwiek zmian w otoczeniu i zdecydowaną niezgodę na drugiego kota.
2. Dobrze jest zaplanować sobie na ten czas kilka dni wolnego. Niedopuszczalne jest wypuszczenie nowego kota "na żywioł" i czekanie, aż koty "same się dogadają", jak to się ciągle spotyka w różnego rodzaju poradach. Nieakceptowalne z naszego punktu widzenia zachowania, których możemy się spodziewać na początku są normalne i nie świadczą źle o żadnym z kotów, ale ich utrwalenie jest niebezpieczne. Koty mogą na siebie syczeć, jeżyć się, nawet warczeć. Na początek powinniśmy nowemu kotu wyznaczyć osobny pokój za zamkniętymi drzwiami, żeby pozwolić mu zaznajomić się chociaż z jakąś częścią naszego domu, żeby pomóc mu uporać się ze stresem związanym z wyrwaniem z dotychczasowego otoczenia, zapoznać się z nami, ale takie całkowite oddzielenie za zamkniętymi drzwiami powinno być uzależnione od stanu zdrowia kota i jego sposobu i szybkości aklimatyzacji (chyba, że mamy bardzo słabo zsocjalizowanego kota, ale wtedy należy się zastanowić, czy powinien on być w ogóle dokacany - według mnie nie powinien. Do dokocenia wybieramy kota o konkretnych kompetencjach społecznych, dobrze reagującego na człowieka). W przypadku niepewności co do zdrowia nowego kota taka izolacja musi być oczywiście tak długa, jak zaleci ją lekarz, ale ten okres w ogóle nie powinien być zaliczany do procesu dokocenia.
Sam proces dokocenia to podzielenie mieszkania na strefy oddzielone siatką - to umożliwia kotom bezpieczną obserwację, "uczenie się" siebie, tego jak się poruszają, jak się zachowują, że nie robią niczego groźnego. To znacznie ważniejsze niż ciągłe izolowanie, obserwacja kotów przy siatce pozwala nam też na ocenę tego, czy można im już robić sesje "na wspólnym terenie", czy jednak jeszcze nie. Siatkę w przypadku bardzo trudnych dokoceń możemy okresowo zasłaniać, zostawiając szpary przy podłodze do podglądania, żeby koty czuły się "niewidzialne". Po zdjęciu siatki nadal obserwujemy koty, reagujemy na ewentualne niepożądane zachowania i ponownie ją zakładamy, jeśli pojawią się zachowania takie jak blokowanie, uniemożliwianie przejścia, pilnowanie kuwety, polowanie przy kuwecie na wychodzącego z niej kota czy ataki łapami. W takim przypadku bardzo starannie dozujemy kontakty pomiędzy kotami, oddzielając je siatką na "złapanie oddechu", a już na pewno na czas, kiedy nie ma nas w domu. Przede wszystkim jednak szukamy przyczyn ciągłego pilnowania się i blokowania - siatka ich nie rozwiąże, jest tylko naszym sprzymierzeńcem, bo zapobiega utrwaleniu się niepożądanych zachowań i daje nam czas na rozwiązanie problemu podstawowego. Najczęściej jest nim niedostosowana przestrzeń, ubogie środowisko i deficyt zasobów - nie da się, jak już napisałam, przed tym uciec.
3. Naszym kotom na pewno pomogą syntetyczne feromony, na przykład Feliway wpięty w gniazdko; to spora inwestycja, ale bardzo pomaga, szczególnie rezydentowi (dokacamy się zazwyczaj kociakiem, a te bardzo szybko odnajdują się w nowym otoczeniu). Można też zakupić obróżki antystresowe, ale ja niechętnie je zalecam, przyczyną zachowań niepożądanych w trakcie dokocenia jest stres i poczucie zagrożenia, a nie brak "biżuterii". Poza tym może się okazać, że sama obróżka będzie dla kota na tyle irytująca, że zamiast obniżyć jego napięcie, stanie się źródłem dodatkowej frustracji i jeszcze pogorszy sytuację.
4. Doskonałą pomocą w oswajaniu kotów okażą się.. kartony. Kartony poustawiać trzeba w pokoju, w którym przebywamy my i koty, w różnych konfiguracjach i im więcej, tym lepiej. Jeśli już mamy jakieś koty w domu, to oczywiście więcej niż mniej. W kartonach trzeba wyciąć po dwa albo trzy otwory, żeby można było z nich spokojnie wyjść i szpary przy podłodze, żeby zmieściły się łapki. Więcej niż jeden otwór to konieczność, żeby karton nie stał się pułapką dla kota, który do niego wejdzie, a drugi będzie na przykład zaglądał za nim. Ten pierwszy musi mieć możliwość wyjścia innym otworem. Szpary przy podłodze będą kusiły do zabawy "w łapki", umożliwią naprawdę bliski kontakt, ale nie pozwolą na przemoc. Kartonów musi być kilka, jak z każdym innym zresztą "dobrem", bo jeden stanie się kolejnym "punktem sporu".
5. Pamiętajmy, żeby naprawdę dużo czasu poświęcać rezydentowi. Nowy kot jest jak nowe dziecko w rodzinie, uwaga wszystkich na ogół skupia się właśnie na nim, każdy bawi się i zachwyca nową, rozkoszną kuleczką. Tak naprawdę nasza uwaga musi być skierowana przede wszystkim na rezydenta, nie w sposób jakiś szczególny, ale właśnie z zachowaniem jego stałych, rutynowych zajęć i upodobań. Przybycie nowego kota jest z punktu widzenia rezydenta wywróceniem do góry nogami jego uporządkowanego i doskonale ułożonego życia, dlatego powinniśmy zrobić wszystko, żeby uznał, że jego życie może się nadal toczyć tym samym rytmem, tyle, że obok będzie ktoś jeszcze. Podobnym przeżyciem dla kota, sprawiającym, że czuje się zagrożony, jest bardzo często przyjście na świat dziecka.
6. Nie przenosimy zapachów - jest to absolutnie niepotrzebne, a już na pewno nie robimy tego głaszcząc kota ręką, która przed chwilą głaskaliśmy "nowego", czy kocykiem, czy jakimś innym źródłem zapachu nowego kota. To gwałt na rezydencie, nasz kot ma nos i bez takich zabiegów DOSKONALE wie, że w domu jest inny kot i jak pachnie! Dzieląc mieszkanie na strefy oddzielone siatką umożliwiamy mu nie tylko zapoznawanie się ze swoimi ciałami, sposobem poruszania się, wydawanymi dźwiękami, sposobem zabawy, ale również identyfikację zapachu z jego źródłem. NIE ROBIMY NIC ZA KOTA, bo jest to dla niego źródłem dodatkowego, niekiedy naprawdę dużego stresu, o czym przekonał się niejeden podrapany w trakcie takich operacji opiekun.
7. Nie zamykamy i nie nosimy kotów w transporterach - przy siatkowej przegrodzie jest to absolutnie niepotrzebne, nie mówiąc już o tym, że wiele kotów bardzo źle reaguje na samo zamknięcie w transporterze.
Jak wobec tego oddzielamy koty w początkowym okresie dokocenia?
Nie wolno wypuszczać kotów "na żywioł", na zasadzie, że "same mają się ze sobą dogadać". Kotom na początku należy wydzielić strefy oddzielone siatką, a ich zachowanie przy tak skonstruowanej barierze powie nam bardzo dużo na temat tego, jaką techniką przeprowadzić wprowadzenie kolejnego kota. Jeśli rezydent jedynie obserwuje "intruza", nie wykazując objawów silnego stresu, można pod kontrolą robić bardzo krótkie bezpośrednie zapoznawcze sesje, po których znów rozdzielamy koty, żeby od siebie odpoczęły, a ich emocje opadły (podkreślam jednak, że mówimy tu o dwóch czy trzech dniach! Można do nich przejść JEDYNIE pod warunkiem uprzedniego dostosowania przestrzeni!). Opiekun musi jednak dobrze czytać mowę kociego ciała i umieć rozpoznać poziom stresu u kotów – nie zawsze spokojnie siedzący kot jest kotem zrelaksowanym, sygnały stresu u kotów są bardzo dyskretne, jak cała zresztą ich komunikacja.
Jeśli kontrolowane spotkania kończą się próbami ataku, wyraźnym polowaniem, wracamy do siatki i drążymy temat, dlaczego na przykład po miesiącu nadal mamy problem. Po miesiącu nie musimy mieć jeszcze jakiejś fantastycznej sytuacji, ale powinniśmy mieć wyraźny postęp. Jeśli po miesiącu spotkania kotów przy siatce nie mają choćby pierwszych znamion sygnałów pokojowych, należy bardzo poważnie zastanowić się nad dokoceniem jako takim.
Wprowadzenie kolejnego kota to proces trudny również dla samych opiekunów i swoją odporność psychiczną na stawienie czoła naprawdę nieprzyjemnym momentom też trzeba wziąć pod uwagę przy decyzji o wzięciu pod swój dach drugiego, bądź kolejnego kota. Nowy domownik to zawsze poczucie zagrożenia u rezydenta, który w początkowym okresie bardzo często odsuwa się od opiekunów, porzuca swoje dotychczasowe rytuały, przestaje przychodzić na kolana, do łóżka, niejednokrotnie syczy i warczy na ukochanego człowieka, nie akceptując go, przesiąkniętego obcymi zapachami. Okres odbudowy poczucia bezpieczeństwa jest czasami bardzo długi i poczucie porzucenia, z jakim muszą zmierzyć się opiekunowie, jest dla nich niekiedy nie do udźwignięcia.
Trzeba również mieć świadomość, że wprowadzenie kolejnego kota MOŻE SIĘ NIE UDAĆ. Są koty, które nigdy do końca nie pogodzą się z innym kotem na swoim terenie i należy wtedy umieć pogodzić się z tym faktem, dla dobra samych kotów. Koty zmuszone do życia obok siebie, wbrew swojej woli, oczywiście się nie pozabijają. Będą wegetować w stałym lęku, jak człowiek w nieudanym związku, którego skutkiem na dłuższą metę jest jedynie smutek, depresja i choroba. To sytuacje niezwykle rzadkie, bo większość kotów uczy się życia w grupie, niektóre potrafią nawet nawiązywać wyraźne przyjaźnie z jakimś wybranym kotem. Nie zmuszajmy ich jednak do życia pod jednym dachem, jeśli z jakiegoś powodu nie dotyczy to naszych kotów.
Wszystkich potrzebujących dodatkowego "szkolenia" w kwestii dokocenia zapraszam do wykupienia mojego 3 godzinnego webinaru na ten temat. Omawiam w nim nie tylko teorię i poszczególne aspekty związane z wprowadzenie kolejnego kota, ale przedstawiam również udokumentowane w formie wideo przypadki, na których można przeanalizować zachowania kotów i poszczególne etapy dokocenia. Webinar zarezerwować można na formularzu podlinkowanym poniżej, trzeba go wybrać z listy, bo nagrań z moich wydarzeń jest więcej:
https://docs. google. com/forms/d/12qw1EHvpx3bMIRoJLFO8VTtKhYEva6Bk29Mq6LMtZss/
I jeszcze mój mały, prywatny apel:)
Proszę zawsze bardzo dokładnie zastanowić się przed wprowadzeniem do domu drugiego, a już podwójnie zastanowić się przed wprowadzeniem każdego kolejnego kota do naszego domu. Nie należy robić tego pod wpływem namawiania przez znajomych, że drugi kot rozwiąże problem nudy tego pierwszego, że koty są takie fajne, niekiedy sami lekarze zalecają drugiego kota "do towarzystwa". Lekarze weterynarii nie są behawiorystami, na temat zachowań kotów wiedzą na ogół niewiele (chyba, że ktoś przy okazji behawiorystą jest, ale takich połączeń na palcach jednej ręki) i nie mam do nich o to pretensji, bo są od innych rzeczy. Hodowcy też z racji tylko bycia hodowcą behawiorystami nie są. Podobnie nie zostaje się behawiorystą tylko dlatego, że prowadzi się dom tymczasowy czy fundację. Krótko mówiąc, fakt posiadania kotów nie czyni z nas znawców ich natury, o czym sama na własnej skórze wiele lat temu się przekonałam. Dotyczy to zresztą każdej sfery naszego życia. Jestem dość sprawną użytkowniczką komputera, sama prowadzę swoje strony, sama dostosowuję je graficznie według własnych potrzeb, ale programistki to ze mnie nie robi. Na forach czy w grupach społecznościowych wypowiadają się często jedynie te osoby, które wypowiadać się chcą, co nie jest żadnym gwarantem, że to, co mówią, ma jakąś wartość.
W związku z powyższym nie mogę pogodzić się z tym, jak wiele kotów w wyniku pseudo porad po prostu żyje w przewlekłym stresie, bo opiekunowie nie chcą przyjąć do wiadomości prawdy o kociej naturze, bądź nie mają gdzie zdobyć wiedzy na temat ich natury. Ciągle trzymają się przekonania, że jak odbywają się walki i zapasy, nie leje się krew, to znaczy, że jest w porządku. Jak się ściskają w jednym legowisku, to łatwiej się zachwycać i pisać o jakiejś abstrakcji pod tytułem kocia miłość, zamiast zapewnić kotom drugie legowisko i pozwolić im na spokojny wypoczynek. Jak nie warczą, to znaczy, że nic się nie dzieje. Codziennie czytam dziesiątki tego typu porad na pytania zaniepokojonych opiekunów, bo każdy kochający swoje zwierzęta, obdarzony elementarną empatią człowiek czuje podskórnie, że jednak coś w tych zachowaniach jest nie tak.
Koty są na ogół w swojej agresji i rywalizacji bezgłośne, jak robią się głośne, to po prostu jest już fatalnie. Są mistrzami agresji pasywnej. Nie używają też, bez "postawienia pod ścianą", całego swojego arsenału, bo są świadome swoich możliwości i wiedzą, że jeśli posuną się za daleko, to w odpowiedzi otrzymają to samo, a nikt nie chce być naprawdę pogryziony czy podrapany. Zawsze podkreślam, że w trakcie tego, co tak beztrosko określane jest jako "zapasy", odbywa się zawsze dramat. Dla kota "ciemiężonego" przerwanie takiego łańcucha jest bardzo trudne, nie może po prostu odbiec, bo wie, że to sprowokuje pogoń, nie bardzo ma jak się "odgryźć", bo jest słabszy/mniejszy/mniej przebojowy po prostu. Więc trzymają się koty w takim szachu i gnębiony czeka, aż się to skończy. Jeśli jest to kociak, szybko znów będzie go rozpierać energia i pragnienie zapolowania będzie silniejsze. No i jest to dla niego trening - w końcu urośnie i "ciemiężyciela" może pewnego dnia spotkać niemiła niespodzianka. O zabawie kotów dorosłych mówimy wtedy, gdy odbywa się bez kontaktu fizycznego, polega na wzajemnym, zamiennym, KRÓTKIM pobieganiu za sobą bez "napadania" i spokojnym rozejściu się po 2-3 rundach.
Trzeba być wobec siebie i kotów, uczciwym. Jeśli sprawiamy sobie drugiego kota, to robimy to dla siebie, żeby mieć drugiego kota, innego, który na przykład da nam to, czego nie dał ten pierwszy. I nie ma w tym niczego złego. Możemy mieć i dwa koty i trzy. Ja mam swoich w sumie 11. Nie ma mowy o żadnych zapasach, to dla mnie zachowanie nie do przyjęcia. Muszę poświęcać im ogrom czasu, żeby dały upust swoim instynktom i więcej kotów to dla mnie więcej napięcia i stałego uważania. Musiałam kompletnie przebudować wygląd swojego mieszkania, bo za zatrzymanie takiej ilości kotów i zapewnienie im bezkonfliktowego życia jest wysoka cena - to ja mieszkam u kotów. Moje koty nie są jakieś inne, też by chciały "pomordować". Jak widzę, że Raya przeciąga się i rozgląda z takim charakterystycznym spojrzeniem, to wiem, że czas wziąć do ręki wędkę. Jak widzę Arabicę ziewającą więcej, niż jeden raz, to wiem, że muszę wyciągnąć sznureczek i koc - dla niej bieganie nie jest zbyt atrakcyjne, ale namierzanie i zaczajanie się na niknący pod kocykiem sznurek, och i ach! Odpowiednio zorganizowana przestrzeń bardzo mi pomaga, gdy ja nie mam czasu, koty wbiegają po "drzewie" na półki i tam zajmują się "włóczeniem się" po swoich włościach.
Ja kiedyś też słuchałam porad hodowców i przypadkowych ludzi z forów, których uważałam za jedyne źródło mądrości i pozwalałam na "docieranie się"; na szczęście słuchałam tych "porad" bardzo krótko, bo uczucia podpowiadały, że okrągłe z przerażenia oczy, czy napięte, przycupnięte ciała, to nie może być objaw radości. Zdrowy rozsądek nie pozwalał mi zobaczyć nic zabawnego w zapasach pomiędzy Clarą a Borgią, a przecież była to matka z córką, wychowaną z ogromną miłością i oddaniem. To były jedyne koty, u których pozwalałam na "zapasy", bardzo krótko bo to były pierwsze dwa lata posiadania przeze mnie kotów, i to one właśnie sprawiły, że zajęłam się kotami jako behawiorysta, wtedy oczywiście dopiero rozpoczynający swoją edukację. Widziałam jednak, że zachowania te nie miały nic wspólnego ani z zabawą, ani z dobrymi relacjami, chociaż wszystkie interakcje odbywały się bezgłośnie, bez warczenia, potem jedzenie obok siebie i spanie w niedużej odległości. Jak w małżeństwie, w którym jednego dnia zostaje uderzona bądź poniżona (bądź odwrotnie), a drugiego idą razem na imieniny do znajomych i wszyscy podziwiają, jaka to zgrana i dobrana para. Nikomu nie życzę takiego związku.
W Internecie znajdziecie Państwo wiele artykułów na temat kotów. Prawda jest taka, że artykuły te piszą osoby o bardzo różnym przygotowaniu, niekiedy ich jedynym doświadczeniem jest po prostu posiadanie kota. Behawiorystyka jest moją wielką pasją i zmaganie się z nowymi zagadkami zadawanymi mi przez moje czy Państwa koty w ramach prowadzonego przeze mnie poradnictwa sprawia mi wiele satysfakcji. Stale się dokształcam, bo nie mam patentu na rację, ale też nauczyłam się podchodzić do rad udzielanych przez innych, których edukacja opiera się jedynie na kursach internetowych i przeczytanych książkach, często już nieaktualnych, z dużą rezerwą.
Jestem w stanie zrozumieć, że wiele osób nie chce słuchać porad tych, którzy faktycznie obserwują koty, słuchają je i wyciągają wnioski, a nie na siłę dopasowują kocie zachowania do psich, bo najczęściej porady te nie należą do uspokajających, a raczej stawiają wymagania. Łatwiej jest na tłumaczenie, że prawdziwa zabawa to zabawa bez kontaktu odpowiedzieć "ale moje się lubią poszarpać" i przejść nad wszystkim do porządku dziennego, nie chcieć widzieć kociego życia w lęku i permanentnym stresie. Łatwiej jest ciągać kota po weterynarzach i leczyć na niewytłumaczalne choroby, przyjmując, że to kot taki chorowity i tak już ma, zamiast dostrzec brak odpowiednio dostosowanego otoczenia, dostrzec fakt, że piękne i puste mieszkanie będzie dla kota jedynie źródłem stałego lęku, miejscem, w którym nie ma się gdzie ukryć, nie można się nigdzie wspiąć, nie można opracować sobie "mapy terenu", tylko stale trzeba żyć w napięciu. Trzeba by przecież zburzyć wypracowany starannie przez jakiegoś dekoratora wnętrz plan, który NAM się miał podobać.
Najczęstszym określeniem, jakie pada, to że "on/ona nie jest wcale zestresowany/zestresowana, normalnie się zachowuje, je i w ogóle." Kto z nas pokazuje, jaki jest zestresowany? Na jakiej podstawie osoba bez przygotowania potrafi określić, czy ktoś jest zestresowany i w jakim stopniu? Jak przed laty czekałam na wynik badania w kierunku podejrzewanego u mnie nowotworu, to myślałam, że umrę, tak bardzo się bałam. Każdego dnia ubierałam na twarz uśmiech, szłam do pracy, wchodziłam do klasy i słuchałam swoich uczniów, uśmiechałam się do nich, opowiadałam dowcipy, żeby podnieść na duchu tych, którzy mieli problemy. Jestem introwertykiem, nie lubię opowiadać o swoich problemach, więc o powadze sytuacji nie wiedzieli nawet moi najbliżsi. Potem wracałam do domu, na twarzy uśmiech nr 2, bo przecież dla moich dzieci, które mają spokojnie sobie żyć i cieszyć z mojej obecności, więc nie mogą oglądać bladej i skurczonej ze strachu twarzy i myśleć, że zaraz będzie koniec świata. A najgorsze były noce, kiedy leżałam zwinięta w kłębek, wszyscy spali, ja niby też, tylko myśli w głowie krzyczały i nie dawały zasnąć, więc potrafiłam tak przeleżeć do 4 nad ranem, potem zmęczenie brało górę, a o 6 trzeba było wstać, uśmiech nr 1 na twarz dla dzieci, potem nr 5 do pracy.
Zawsze uchodziłam za osobę pogodną. Dla nikogo nie byłam zestresowana. Nie chcę nawet wracać wspomnieniami do tamtego czasu, gdy czekałam na wyrok bądź ułaskawienie. Jeśli nie potrafimy dostrzec oznak stresu u drugiego człowieka, jak osoba bez doświadczenia ma je dostrzec u innego stworzenia, z kompletnie innym systemem komunikacji?
O skutkach przewlekłego stresu, tych zdrowotnych, piszę obszernie w zakładce Stres i jego skutki.
Jeszcze raz podkreślam - NIE MAM NIC PRZECIWKO WIĘCEJ NIŻ JEDNEMU KOTU W DOMU. Ilość moich własnych kotów jest tego najlepszym dowodem. To fantastyczne zwierzęta i wcale się nie dziwię, że ludzie nie potrafią poprzestać na jednym. Ja sama raczej nie dojdę do etapu, na którym jest Vicky Halls, która mówi, że ona ma już tylko jednego kota, właśnie ze względu na jego dobrostan. Ale nie można udawać, że nie ma problemu, kiedy jest. Więcej kotów to więcej udogodnień, rezygnacja bardzo często z ulubionego stylu. To przewrócone do góry nogami mieszkanie, urządzone już nie według naszych wyobrażeń, a wymagań kotów. To stała uwaga. To jak rodzeństwo, które będzie stale rywalizować o naszą uwagę i miłość. I nic nie pomogą nasze zapewnienia, że przecież kochamy nasze dzieci tak samo mocno. One będą chciały się o tym upewniać każdego dnia od nowa. A jeśli ktoś nadal nie rozumie, dlaczego, proponuję takie małe ćwiczenie, wykorzystane było w jakimś programie terapii rodzin, w którym starano się pomóc rodzicom zrozumieć, dlaczego ich dzieci mają takie dziwne relacje, raz super, a potem bójka:
"Wyobraź sobie, że masz wspaniałego męża (żonę), kochasz go bardzo, a on Ciebie. Mieszkacie sobie w swoim mieszkaniu, codziennie do siebie wracacie, macie udany seks, jest cudownie. Pewnego dnia Twój mąż (żona) mówi do Ciebie: - Kochanie, jesteś taka cudowna, tak bardzo Cię kocham, jesteś po prostu tak idealna, że postanowiłem sprawić sobie jeszcze jedną żonę, podobną do Ciebie. Na drugi dzień wracasz do domu, Twój mąż jest z tą druga, śmieją się i żartują, potem przychodzą goście, żeby obejrzeć tę nową." Uczestnicy mieli w tym miejscu opisać swoje uczucia, zapewniam Państwa, że nie były to opisy nadające się do publikacji na tej stronie bez sporej cenzury.
Koty nie nazywają swoich emocji, nie potrafią znaleźć ich źródła czy udać się do psychoterapeuty, ale emocje jak najbardziej odczuwają i na poziomie emocjonalnym działają jak każdy ssak, włączając w to nas, ludzi. Boją się straty, boją się, że ich uporządkowane życie się skończy. Boją się, że ktoś zabierze im ulubiony fotel, rozetę, półkę. Że nie będzie już dla nich miejsca na naszych kolanach. Na szczęście większość rozumie po pewnym czasie, że kolana są nadal, chociaż niekiedy nie o tej porze, kiedy by chciały, ale że da się z tym drugim żyć, że nie brakuje jedzenia. Chęć do zabawy jest zawsze i po pewnym czasie odkrywa się, że ten drugi może właściwie posłużyć za worek treningowy, więc dlaczego nie?
Ja nie chciałabym być niczyim workiem treningowym. I tego chcę dla wszystkich kotów, żeby żaden z nich nigdy nie musiał być niczyim workiem treningowym. Żeby każdy miał swoją rozetę, żeby mógł spokojnie sobie pospać z wyciągniętymi nogami i zwieszoną głową, bez czekania, komu się prędzej znudzi ścisk i wreszcie sobie pójdzie.
Po prawej stronie ilustracja w pigułce tego wszystkiego, o czym napisałam. Po raz kolejny przebudowałam drapak, przy moim fotelu stał taki mały, z rozetą i półką. Stoi nadal oczywiście. Rozeta jest ukochanym miejscem Gatty, która w ten sposób towarzyszy mi w pracy, przy mojej głowie. Vesper odkryła rozetę niedawno, chociaż dla niej wiszą dwie inne, na słupie, też obok mojego fotela (to miejsce dla kotów strategiczne więc przy moim fotelu są 4 rozety). Gdy zobaczyłam, jak Vesper próbuje z pokojowo pochyloną głową podaną do wylizania, postawa "na kociaka", wejść do Gatty i po pokornym zezwoleniu na wylizanie głowy i uszek ułożyła się obok i tak leżały, niestety, nie jako wyraz matczyno-córkowskiej miłości, a po prostu dlatego, że żadna z nich nie jest skłonna do radykalnych rozwiązań konfliktów, przykręciłam do słupa nad swoją głową rozetę z innego drapaka, w którym nie była używana (nie było to najlepsze miejsce według kotów). Nie ma już od tamtego momentu kociej matczyno-córkowskiej miłości i przytulania się w jednym kółku, są dwie rozpostarte, wywrócone do góry kołami klony obok mojej głowy. Niekiedy jest ich więcej, jak na zdjęciu obok, bo najważniejsza jest bliskość, każdy chce być obok mnie, gdy pracuję w swoim fotelu. Są więc dziewczyny ułożone wianuszkiem wokół mojej głowy, w budce, na budce, w rozetach i niewidocznym na zdjęciu, również nad moją głową hamaku.
I tego wszystkim życzę.
________________________________________________________
Dorota Szadurska, behawiorysta superwizor (COAPE Polska)
Absolwentka Psychologii Zwierząt Polskiej Akademii Nauk
Członek The International Society of Animal Professionals.
Absolwentka Advanced Diploma in Feline Behaviour Management (Level 5, UK)
