Ja i koty w moim życiu.
Koty nie zawsze były przedmiotem mojego podziwu, powiedziałabym nawet, że był czas, kiedy traktowałam je jako istoty "niższego rzędu", w każdym razie nie za stworzenia, z którymi można nawiązać naprawdę głęboką więź. Nie wiem, czy to w ramach odwetu, czy po prostu w wyniku jakiejś tajemniczej magii, koty zmieniły moje życie diametralnie. Sprawiły, że zmieniłam w miarę bezpieczny i przewidywalny tryb życia na taki, który pozwoli mi spokojnie zająć się kociętami, zostać w domu podczas porodu, na tryb życia elastyczny i łatwy do modyfikowania, chociaż bez spokoju o pracę stałych "etatowców". Nie widziałam jednak innego wyjścia, bo hodowla, od której zaczęła się moja nierozerwalna w tej chwili więź z kotami to ogromna praca, to stała gotowość na różne, nieprzewidywalne sytuacje, to stała gotowość do bycia przy kocie, który może mnie potrzebować, nieważne, dużym, małym, czy takim jeszcze w mamusinym brzuchu. Dziś ten etap jest już za mną, mieszkają ze mną moje dawne hodowlane koty, dziś jako emerytki grzejące kolana.
Ja sama zaczynam każdy dzień od wygłaskania każdego z moich podopiecznych, nie da się wyjść z domu bez podrapania podbródków wszystkich chętnych, bez wypytania, co tam się śniło i czy samopoczucie dopisuje :) Truchtające pośpiesznie łapki i nosy wciskające się do każdej torby, sprawdzające, co też dziś przyniosłam z polowania sprawiają, że zmęczenie mija w mgnieniu oka. Moich pierwszych kotów fizycznie już przy mnie nie ma, ale emocjonalnie ciągle zaglądają do mnie zza Tęczowego Mostu.
Clara
Zaczęło się od jednej niebieskiej kotki, po którą pojechałam daleko, bo aż do Szczecina. Pierwsza kotka oczywiście musiała być niebieska, bo tylko takie brytyjczyki zauważa się na początku. Zresztą w latach 20023-2004, gdy szukałam swojej pierwszej kotki, hodowli kotów brytyjskich było niewiele, a o kolorach takich jak kremowy, czekoladowy, czy bikolory prawie się nie słyszało. Tak więc po długich poszukiwaniach w 2004 roku przywieźliśmy do domu małą, niebieską kuleczkę.
Nic wtedy nie wiedziałam o kotach, opierałam się głównie na obiegowych opiniach i tym, co mogłam usłyszeć od innych hodowców. Z perspektywy czasu widzę, jaki ogrom błędów popełniłam wychowując Clarę. To kotka o trudnym charakterze, i na pewno nie powinna była trafić do osoby tak niedoświadczonej, jak ja, a już na pewno nie powinnam była słuchać mnóstwa "dobrych rad", jakich mi wtedy udzielano. Wtedy o kotach w zasadzie nie wiedziało się w Polsce nic, behawiorystyka dopiero raczkowała, o szkoleniach w tym zakresie w ogóle nie było mowy. Pierwsze dwa lata uczyłam się na własnych błędach. W zasadzie wdzięczna jestem losowi, że zaczęłam od takiej właśnie kotki - nie pozwalała spocząć na laurach, kazała szukać, drążyć, starać się zrozumieć, kwestionować obiegowe opinie, powtarzane nawet przez weterynarzy, czy przez niektórych behawiorystów, którzy na koty przenosili zachowania i zasady relacji psich. Jestem więc wdzięczna Clarze, która uczyła mnie, jak dotrzeć do wrażliwej kociej natury.
Clara towarzyszyła nam 14 lat, i tylko tyle czasu los pozwolił nam spędzić razem. Pożegnała się z nami 28 sierpnia 2018 roku. :( Z roku na rok okazywała nam więcej i więcej miłości, rezygnując ze swojej niezależności na rzecz ludzkich kolan i rąk, a w ostatnich latach potrafiła wejść na kolana nawet obcym, co z córką uważałyśmy za zdradę... Chociaż wystawowo Clara nie pozwoliła nam się "wyszaleć", jako kotka hodowlana okazała się bardzo dobrym zaczątkiem Agilisowa. Przekazywała dzieciom duże, szerokie głowy, okrągłe oczy, szerokie, "pufiaste" nosy, to, co w brytkach tak lubię.
To Clara, pomimo swojego niezależnego i trudnego charakteru, ogromnej lękliwości w odniesieniu do wszystkiego, co nowe i nieznane - a może właśnie dzięki temu? - obudziła we mnie miłość do kotów, zwierząt, które do tamtej pory uważałam za zdecydowanie poniżej grupy zasługującej na uwagę. Dlatego to jej właśnie należy się z mojej strony najwięcej podziękowań :)

Borgia
Borgia, córka Clary, została z nami ze względu na kolor. Miała być matką dla kremowej dziewczynki, której nigdy się po niej nie doczekałam. Sprawiła, że pokochałam szylkrety :) Tak naprawdę to ona nauczyła mnie zupełnie innego kontaktu z kotem, to na niej uczyłam się podawać tabletki, ona też pozwoliła mi po raz pierwszy poznać smak zwycięstwa na wystawach, to na niej uczyłam się, co w brytyjczyku jest największą zaletą, a co najpoważniejszą wadą. Borgia była, w przeciwieństwie do matki, niezwykle kontaktowa i rozmowna, bez skrupułów dopraszała się o to, na czym jej zależało, budząc mnie skutecznie szturchając nosem dłonie, bo przecież to ręce głaszczą :) Borgia towarzyszyła nam 16 lat, i chociaż udało nam się prędzej niż u Clary rozpoznać oznaki nowotworu, dzieki czemu dostała dodatkowe dwa lata życia, ten sam "obcy" zabrał nam ją w roku 2021.
To niesamowite, jak bardzo Borgia lubiła czesanie :) Bardzo trudno było nam rano wybrać się z córką do pracy bądź szkoły, bo trzeba się przecież uczesać, na ten dźwięk Borgia przybiegała z najdalszego nawet kąta, oderwała się od najgłębszej nawet drzemki. Wskakiwała na drapak w łazience, prężąc w prośbie grzbiet, nie było siły, trzeba było przeczesać. Nigdy ani ja, ani Agnieszka, nie dotarłyśmy do punktu, w którym Borgia miałaby dość :) Wykorzystywali to goście, którzy chcieliby ją pogłaskać, ale na tak bliski kontakt Borgia na pierwszej randce nie pozwalała - chyba, że wręczyłam gościowi do ręki jej ulubione zgrzebełko. Wystarczyło, że je zobaczyła, natychmiast przybiegała i gruchała, nadstawiając coraz to inne zakamarki swojego ciała. No zdrajczyni się z niej wtedy robiła :)
Bardzo boli, że już jej ze mną nie ma...

Arabica
Arabica to prawdziwa królowa, i pomyśleć, że kiedyś byłam tak głupia, że uważałam, że nie lubi wysokości. Zaczęła zwiedzać pięterka, gdy ilość legowisk na górze przekroczyła liczbę 5, teraz bardzo lubi przesiadywać albo na antresoli, albo na którejś z półek. Arabica jest w tej chwili najstarszą z moich kotów, ma 19 lat, a w czasie prowadzenia hodowli to na jej urodzie i cudownym temperamencie zbudowałam w agilisowie "linię żeńską". Wszystkie moje dziewczyny to jej bliższe lub dalsze krewne :)
Arabica jest po prostu kotką fenomenalną. Pojawiła się w moim domu, jak prezent od losu, wygrana na loterii, w chwili, kiedy zupełnie się tego nie spodziewałam. Wypatrzyłam ją jeszcze jako małe kociątko, i nawet napisałam do hodowczyni zapytanie o możliwość jej zakupienia, ale w odpowiedzi otrzymałam informację, że koteczka zostaje w hodowli, co mnie zresztą wcale nie zdziwiło. Potem jeździłam do Kathrin na krycia z Borgią, i mogłam poobserwować wzrost trzykolorowej kuleczki, jak zmienia się w dorosłą, dostojną kotkę, i wzdychałam sobie w duchu, że czemu to nie u mnie... Potem napisałam do Kathrin prośbę o kotkę kremową, a w zamian otrzymałam propozycję wzięcia do hodowli kotki półtorarocznej, mojej od początku wypatrzonej Arabiki. Zastanawiałam się może 5 sekund :) Pamiętam, jak jechałam ze strachem, jak poradzę sobie z wprowadzeniem do grupy takiej dojrzałej już dziewczyny, jak mam jej pomóc odnaleźć się w nowym domu, w którym nawet melodia języka jest obca. Kiedy wracałam, zerkałam na nią na siedzeniu pasażera, i nie mogłam uwierzyć, że to MÓJ kot :) Dziś Arabica jest ulubienicą mojego męża, moją jedyną prawdziwą rywalką, kochają ja wszyscy za jej wyważony temperament, za spokój i opanowanie. To właśnie ze względu na te cechy postanowiłam zbudować na niej swoją hodowlę od strony kotek, bo to kotki muszą żyć w grupie, i muszą mieć do tego odpowiednie predyspozycje.

Fado
Potem w moim domu pojawił się ktoś, kogo w ogóle nie planowałam. To znaczy urodził się kalendarzowo ponad rok po Arabice, ale był już u nas, gdy ona przyjechała. Był to Fado, urodzony w bardzo nieszczęśliwych okolicznościach, jedyny ocalały kot z Borgiowego drugiego, i - jak się potem okazało - przedostatniego miotu. Miał być kremową dziewczynką, tą wymarzoną i wyczekaną po Borgii, był chłopcem, i kiedy na drugi dzień po jego urodzeniu okazało się, że musimy walczyć o życie Borgii i że walka ta oznacza samodzielne odkarmienie malutkiego oseska, postanowiłam go zatrzymać, bo w swojej pysze uznałam, że żaden dom nie będzie dla niego odpowiednio dobry... Tak więc został ten mój synek z bardzo egoistycznych pobudek, początkowo miał być kastratem, bo w tamtym czasie w ogóle nie planowałam kocura, ale z czasem okazało się, że żal było nie przekazać dalej wielkiej głowy i solidnych łap. Faduś przez całe swoje życie był bardzo męczliwy, układał się do snu na człowieku, wciskał się na kolana, ugniatał wielkimi paluchami, to miłe, ale niekiedy już naprawdę nie można było niczego zrobić, bo siadał obok i trącał łapką, jak grzeczne dziecko, prosząc, żeby się nim zająć. Piszę to wszystko niestety w czasie przeszłym, bo 17 kwietnia 2026 roku Faduś przeszedł za Tęczowy Most, dołączając do swojej mamy Borgii i babci Clary.

Gatta
Gatta... To więź dla mnie szczególna, nawet nie będę się rozwodzić, bo wszystko się wyda... Koteczka, która NA PEWNO mnie kocha, i to nie przez pryzmat misek :) Bardzo czuła na głos, na słowa, na to, że się do niej mówi. Wyraźnie jest jej to potrzebne. Biega przy mojej nodze jak psiak, sprawdzając, co ciekawego niosę, a czy może to coś dla niej, a może się pobawię, albo coś jeszcze. Nasze najskrytsze tajemnice, to moje mleczne posiłki, Gattula siada naprzeciwko mnie na oparciu fotela, i czeka grzecznie, aż skończę jeść, bo wie, że zostawię jej coś na dnie. Takie nasze małe sekrety... Gatta w tym roku kończy 17 lat.
Właściwie to nie wiem, dlaczego ona tak mnie rozczula, w sumie to jest z niej taka trochę paskuda, burczy przy obcinaniu pazurów, nie lubi być noszona na rękach, to przez nią musiałam zainteresować się BARFem, krótko mówiąc, same kłopoty. Ale to najlepsza z matek, najcierpliwsza, wszystkie dzieci mogą na nią liczyć, jest zawsze, gdy trzeba pocieszyć, również mnie :) Jej dzieci mają cudowne charaktery, o dziwo na ogół nie dziedziczą po matce burczenia, chociaż wszystkie są gadatliwe :)
Najciekawsze jest podejście Gatty do głaskania. Jest bardzo złakniona kontaktu, ale w przeciwieństwie do innych moich kotów, nigdy nie jest nachalna. Patrzy tylko wymownie, czeka aż powiem "Już idę, Gattulu", biegnie radośnie do najbliższego legowiska, i tam się pod rękami układa, i mruczy, i grucha, i całe jej ciało mówi, jaka jest szczęśliwa. Taka moja miłość od pierwszego wejrzenia :)

Negra
Negra... Zrobienie jej zdjęcia to prawdziwa udręka, nie dyskutuję, wstawiam, co mam... W realu jest naprawdę piękna. To dziwaczna kotka, łagodna, ale z charakterem, wie, czego chce, i potrafi osiągać swoje cele, jest asertywna, i łagodna równocześnie. Moja kolejna ulubienica :) Negra ma już 14 lat.
Negra jest jedną z najbardziej "przytulnych" z moich kotek. W pierwszym roku życia wydawało się, że zawsze będzie obok nas, niby blisko, ale bez wielkiego naporu na naszą obecność. Wszystko zmieniło się gdy skończyła 2 lata, jest chyba jeszcze bardziej namolna od swojej mamy Arabiki. Niezwykle gadatliwa, bez przerwy z nami rozmawia, to chyba najbardziej rozgadany kot w naszym domu :) Co więcej, naprawdę niekiedy mam wrażenie, że ona na mnie normalnie krzyczy, w każdym razie dobitnie wyraża swoje pretensje, że dlaczego jestem tak późno, a dlaczego jej ulubionej porcji barfa jeszcze nie wyłożyłam, a dlaczego właściwie moje kolana jeszcze nieprzygotowane, żeby ona mogła usiąść, a co właściwie robi tu ten laptop, i gdzie jest moje miejsce ja się pytam...

Ori
Ori mam tylko z komórki, muszę wreszcie zawiązać sobie supełek, żeby zrobić jej aktualne zdjęcie :) To dziecko mojej przedwcześnie zgasłej Inuszki, koteczka, która miała posłużyć mi do wyprowadzenia kocurka z genem czekolady, i doskonale się z tego zadania wywiązała, przeszła więc na emeryturę wcześniej niż inne kotki. Do niedawna mieszkała z moimi rodzicami, ale i oni niestety już coraz starsi, Ori więc wróciła półtora roku temu do mnie. Jest spokojna i kochana, chociaż to wszystko zależy od punktu widzenia, albo leżenia, bo potrafi doprosić się o zabawę nawet o 3 nad ranem. Orisia ma już 14 lat.
Ori, chociaż malutka jak na kotkę brytyjską, ma głowę po babci i prababci, solidną i szeroką.

Perla
Perla nie miała u nas zostać, powiedziałam sobie, że nie, że nie dam się namówić kolejnym bursztynowym oczom, że oddam do domu, w którym już ją kochają, że tak będzie najlepiej. Niestety, a może dla mnie stety, dom musiał odłożyć swoje kocie plany na przyszłość, a ja uległam oczom niebieskim, bo moja córka, jak nigdy dotąd, uparła się że Perełka musi u nas zostać. Nie szukałam więc już innego domu, i tak to "Klon", jak ją syn do dziś nazywa, została z nami.
Perla okazała się fantastyczną mamą, mimo traumy, którą mi zgotowała swoim pierwszym porodem i pierwszymi dwoma tygodniami po. Jest ulubienicą mojej pani kardiolog :) W tym roku skończyła 14 lat. Jest niezwykle aktywna i żywa, potrafi wejść dosłownie wszędzie, uwielbia przyprawiać mnie o zawał spacerując po karniszach :) To kot, który rzeczywiście i bezsprzecznie lubi głaskanie po brzuchu, rozciągając się jak długa, odsłaniając paszki, rozkładając nieprzyzwoicie nóżki. Przychodzi do mnie, siada w legowisku obok mojego fotela, i podobnie do mamy, udeptuje i wpatruje się znacząco, żeby głaskać. No to głaszczę, bo co tu robić, wtedy Klon układa się zadowolona w legowisku, i śpi obok mnie :)

Raya
Raya to najdziwaczniejsza z naszych kotek, czasami mam wątpliwości, czy w ogóle jesteśmy jej potrzebni, i wtedy nadchodzi taki moment, że przychodzi, i z prawdziwą pretensją domaga się pieszczot. Moja ukochana Brzydalka, tylko ja jestem w stanie dostrzec, że jest śliczna, no miłość ślepa jest! Raya jest równolatką Perli, czyli w tym roku skończyła 14 lat, i podobnie jak Perla ma niespożyte pokłady energii. Jej "niskie zawieszenie" sprawia, że porusza się w pogoni za piórkami jak przyklejona do podłogi. Jest zwrotna, i wymaga BARDZO dużo uwagi, trzeba się z nią stale bawić, bo inaczej ciągle by ganiała młodszych :)
Raya ma wspaniały charakter, jest spokojna i grzeczna, ulubienica mojej Pani Doktor. W najgorszych nawet sytuacjach nie reaguje nerwowo, nie wpada w panikę. To oczywiście tylko znak że tym bardziej wymaga wsparcia i pomocy w chwilach trudnych. Matką jest w zasadzie równie wzorową jak Clara, wszystkie dzieci zagarniałaby najchętniej dla siebie. W czasach, gdy była jeszcze kotką hodowlaną, musiałam jej naprawdę pilnować, bo wystarczyła chwila nieuwagi, i z kojców sióstr podbierane były ich dzieci. Wcale nie takie przypadkowe, Raya zawsze wybierała sobie takie najładniejsze, i w kolorach, których sama urodzić by nie mogła :)

Vesper
Vesper jest moją ogromną słabością, kolejnym klonem mamy Gatty. Vesper jest... jest źródłem wszelkiej maści uczuć, dobrych i złych, radości, że jest taka, jaka jest. Ma cudowny charakter, chociaż jest bardzo pyskata, po mamie burczy przy obcinaniu pazurków, po tacie też wzięła same najgorsze rzeczy :) Zadręcza nas codziennie, bezczelnie wpychając się na kolana, do łóżka, pod kołdrę, na głowę, na ręce, pod ręce, liże w nos, w oko, w najbardziej irytujące miejsca, gdy udaję że jej nie zauważam, no bo przecież kiedyś spać trzeba, to wchodzi na głowę i niezwykle umiejętnie wciska wąsy do mojego nosa. Nie pojmuję, jak to można tak sprytnie zrobić, no nie da się jej ignorować... Wydaje się też, że zerwała z zasadą, jakoby trikolorki w Agilisowie były drobne. Jest przysadzista, łapki są grube, jest moją ogromną nagrodą :) Niestety, nie udało mi się uzyskać od niej ukochanego bikolorowego kocura łączącego w sobie linie Borgii i Arabiki. Nie umniejsza to jednak w żaden sposób mojej do niej miłości.
Biega jak piesek podobnie do Gatty, a ponieważ oczy ma okrągłe i zawsze z zadziwieniem szeroko otwarte, wygląda naprawdę komicznie :) Nie mogę uwierzyć, że ma już 13 lat!

Ina
Ina to jedna z najmłodszych z moich kotek, córka Negry. Gdy się urodziła, byłam w rozpaczy, bo rude kocięta to najczęściej chłopcy, myślałam więc, że moje marzenia o koteczce po Negrze spaliły na panewce. Okazała się jednak być dziewczynką, więc oczywiście została z nami. Wydaje mi się, że jest najinteligentniejsza z całej mojej kociej rodziny, chociaż mówiąc to chyba obrażam pozostałych :) . Jest bardzo aktywna, potrafi skutecznie dopominać się o uwagę i zabawę, to ona udowodniła mi, jak szybko można nauczyć koty różnych sztuczek, trzeba jedynie mieć kota z odpowiednią motywacją :) Ina jest bardzo wrażliwa i delikatna, łatwo ją wystraszyć i równie łatwo zainteresować czymkolwiek. Na pewno nie przesypia przydziałowych 2/3 kociego życia, wszystko jest zbyt interesujące! To obecnie jedyny z moich kotów, który nie mieszka ze mną, zabrał mi ją syn wyprowadzając się z domu, no bo jak tu żyć bez kota!

Queenie
Queenie nie miała u mnie zostać. Zostać miała jedynie jej siostra Bunia, to miał być ostatni kot w moim domu. Moje serce zawsze należało do trikolorek, taki dwukolorowy stwór już był w postaci Iny, a jednak... Po raz pierwszy urodził się u mnie kot niemal biały, i magia koloru zadziałała. Im większa Queenie rosła, tym bardziej piękniała, a że wiedziałam już, że to ostatnie moje hodowlane kotki, jakoś nie umiałam się jej wyrzec.
Queenie jest inna niż wszystkie moje pozostałe koty, zupełnie jak jej umaszczenie. Jest dystyngowana, elegancka, ostrożna, ale też śmiała, jest obrazem niezwykłego i doskonałego zarazem wyważenia przeciwstawności. Takie też były jej dzieci, fantastycznie odnajdujące się w każdej niemal domowej kombinacji. Moja Królowa :) Queenie z siostrą Bunią były ostatnimi moimi kotkami hodowlanymi, w 2021 roku ta część mojego życia została definitywnie zamknięta. Queenie ma obecnie 9 lat, czyli należy do młodzieży!

Bunia
Bunia jest siostrą Queenie, to kolejna kotka, w której zakochałam się "od pierwszego wejrzenia". Imię zostało nadane przez moją córkę i przylgnęło natychmiast, bo od początku to była taka... Bunia. Ma fantastyczny charakter, mruczy od najmniejszego dotknięcia, przytula się bardzo często i intensywnie, niekiedy już nie mam do niej siły. Ale jak tu odmówić takiej Buni... Razem z Queenie tworzy klub młodzieżowy w moim domu, czyli taki dla 9-latek 😄.

Django
Django jest równolatkiem Vesper i budzi we mnie bardzo podobne emocje. Nie jest tak duży jak jego ojciec Fado, ale ku mojej radości przenosił w dzieciach najcenniejsze cechy swojego ojca, czyli grubokościstą, ciężką budowę. Chciałabym, żeby był większy, ale wszystko mu wybaczam, bo z takim charakterem kot zawsze wybaczone ma wszystko. Django jest tylko 3 tygodnie młodszy od Vesper, czyli ma już 13 lat.
Wszyscy przezywają go różnymi okropnymi przezwiskami, a Django truchta radośnie, nie wysiedzi na miejscu nawet na moment. Jak na przykład otwieram ukochane puszeczki, to taka prababcia Borgia przysiadała przy swoim talerzyku i kulturalnie czekała. Przed Django mogę oczywiście też postawić talerzyk, ale to mu nie przeszkodzi truchtać za mną, żeby sprawdzić, czy ja aby na pewno do tego talerzyka dotrę, bo może trzeba mnie zaprowadzić :) Bardzo przypomina mi swoją babcię Ino, rozczula mnie tym ogromnie, niestety, "czółkować do ręki" i wspinać się na palce do głaskania nie potrafi... Jest niezwykle komunikatywny, wlepia we mnie te swoje gały, i jeśli chodzi o jedzenie, to jest najbardziej rozpieszczonym łasuchem w moim domu....

Kokido
Do niedawna najmłodszym w grupie był łobuz Kokido. Za młodu uwielbiał bawić się Fadusiowym ogonem... Kokido jest jak kojący plaster, wracamy do domu, patrzymy na niego, i ciepło rozlewa się na sercu. Został u nas z przypadku, bo jest koteczkiem z poważną wadą i nie wyobrażam sobie, kto mógłby chcieć opiekować się nim tak, jak on tego wymaga. Historię Kokidusia opisałam w jego prywatnej zakładce, tutaj nie będę się już powtarzać, mam jedynie nadzieję, że będzie z nami jeszcze długo. W tym roku kotek, który nie powinien żyć, skończył 11 lat :)

Junior
Właściwie Junior nie był moim kotem. Miał być spełnieniem moich hodowlanych marzeń jako kocur reproduktor, ale niestety, zapomniał, że przydałoby się do tego procederu mieć dwa jądra... Miał nas więc opuścić, ale tym razem mój syn został trafiony strzałą Amora i zdecydowanie zaprotestował, tak więc Junior został jego osobistym kotem. bYł bardzo podobny do swojej matki Vesper, ciągle w ruchu, ale przy tym niezwykle ostrożny, co nie przeszkadzało mu być pierwszym do oglądania wszelkich remontowych prac, i trzeba było na niego wtedy naprawdę bardzo uważać. Taki Junior :) Niestety, wszystko to piszę w czasie przeszłym, bo Junior, podobnie jak jego ciocia Ino, zdecydowanie przedwcześnie przeszedł za Tęczowy Most. To najtrudniejsze odejścia.

Ino
Pozostała jeszcze jedna dziewczynka, której obraz pielęgnuję w sobie bardzo starannie, bo jak już gdzieś kiedyś napisałam, w odchodzeniu najstraszniejsze jest zapominanie. Zapominamy tak naprawdę, jak ktoś wyglądał, jak się śmiał, jakie lubił dowcipy. Nawet, gdyby to miało boleć, nie chcę zapomnieć, bo przecież tyle było szczęśliwych chwil. Szczęśliwa jestem i wdzięczna za wszystkie pysie, które mi Ją przypominają. Inuszka skończyłaby w tym roku 16 lat.

